Coś jasnego
50.00zł
Tytul: „Coś jasnego”
Autorka: Jadwiga Nowak
ISBN 978-83-7038-101-1
Wyd: Wydawnictwo Test, Lublin 2026
Opis
| Tytuł: „Coś jasnego” Autorka: Jadwiga Nowak ISBN 978-83-7038-101-1 Wydanie pierwsze, styczeń 2026 Wyd: Wydawnictwo Test, Lublin 2026 Projekt okładki: Wydawnictwo Test Współpraca: Ilona Jaszak Projekt typograficzny i skład: Bernard Nowak Opieka technologiczna: Małgorzata Gruszka Copyright © by Jadwiga Nowak Copyright na to wydanie: Wydawnictwo Test Druk i oprawa: Agencja Wydawnicza i Reklamowa Akces e-mail: akces5000@interia.pl |
Wydanie wsparli:
Magda Kraszewska
Anna Milanowski
Bożena Mikke
Helena i Wiesław Jóźwikowie
Bogumiła i Adam Przyłuccy
Andrzej Sołtysik
Marek Sołtysik
|

O książce:
Bogusław Dopart
Poezja leczy rany
…Jeszcze kilka słów przy tej ważnej okazji spotkania wokół tradycji mickiewiczowskiej, wielkiej polskiej tradycji poetyckiej, symbolicznej, humanistycznej, etycznej, O znaczeniu poezji i piękna, które jest też prawdą i dobrem. Prawdą i dobrem. Nie odwołam się do absolutnych wierszy Mickiewicza, takich jak Ajudah czy Wielka Improwizacja; tę ostatnią, która pomogłaby nam wszystko w poezji zrozumieć, pozostawiam na inną okazję. Przeczytam dwa wiersze z naszej (szeroko mierzonej) epoki. Najpierw: Ars poetica Stanisława Grochowiaka, poety, który funkcjonuje w szkole średniej jako reprezentant estetyki turpizmu, choć to nie wczesny Menuet z pogrzebaczem, lecz tomik z końca lat ‘60., Nie było lata, należy do piękniejszych książek poetyckich tamtych czasów. Dziś ten poeta wydaje się na wpół zapomniany. Ars poetica to utwór, któremu coś zawdzięcza moja licealna młodość; wracał też do mnie, gdy przekonywałem się po raz kolejny, że nie żyjemy na najlepszym ze światów.
Stanisław Grochowiak Ars poetica
Godziny przy piórze – one leczą rany.
Nawet śmierć jest daleka, jak była w dzieciństwie.
Zwierzęta domowe śpią ufnie przy twoich stopach.
A płomień świecy
Nieruchomieje jak miecz czuwający.
Wszystko, co wokół – krzesła, książki, kwiaty
Ubierają się w odświętność, powagę i czoła
Wysokie. I oto – nikczemny –
Twarzą stajesz wobec świata, jak glob naprzeciw globu.
Oto wiesz na pewno: za twoją kotarą
Jest tylko ściana, nie ma Poloniuszy.
Oto czujesz bezpiecznie: w środku twojej dumy
Nie zagości karzeł, ani też pochlebca.
Oto szepczesz zaledwie,
Układając zgłoski –
A słyszysz: księżyc dźwiękiem odpowiada.
Godziny przy piórze – one leczą rany.
One też wstrzymują od ran zadawania.
Patrz: podniosłeś usta, by odpluć obelgę,
A stoisz – niby dziecko –
Z usty zdumionymi.
Chciałbym teraz spojrzeć na ten wiersz od strony zwierciadlanego odbicia. Godziny przy piórze to w mojej refleksji nie godziny z piórem w ręku, takim maczanym w kałamarzu (o czym nam kiedyś przypomniał Zbigniew Herbert), lecz godziny przy wierszach, powstałych z udziałem wiernego pióra. Może i przy udziale skrzydeł: „Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony / Polecę precz, poeta, ze dwojej złożony / Natury” – pisał Kochanowski z entuzjazmem człowieka, który wie, iż jest skomponowany z pierwiastków ziemi i nieba. Gdy spędzamy godziny przy lekturze, także poznawczej, badawczej lekturze, Pióro – piszę ten wyraz przez wielkie „P” – przechodzi w nasze dłonie jako symbol bycia twórczego oraz nakierowanego na samo nasze istnienie: bycia wzbogaconego, udoskonalonego i terapeutycznego.
Takie godziny przy piórze chcielibyśmy aranżować tutaj, niekoniecznie w tym miejscu, podczas spotkań Towarzystwa Mickiewiczowskiego. Dlatego serdecznie witam w naszym gronie także ludzi pióra, tych, którzy piszą wiersze. Witam również pedagogów, studentów, licealistów, olimpijczyków, którzy „lubią poezję” trochę głębiej, niż zakłada w swym pełnym humoru i jakże sceptycznym wierszu Wisława Szymborska:
Lubią –
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.
Ta sama poetka w wierszu Radość pisania – utworze zaprawionym jednak melancholią – pisze, iż świat realny jest ostatecznie dla słów poety transcendencją nieosiągalną. Sarna, która biegnie przez las, to napisana sarna, przemierzająca napisany las. Ale jest w akcie tworzenia prawdziwa suwerenność duszy, a napisane słowo trwa dłużej niż śmiertelna ręka. Chwile naszej lektury wpisują się w naszą własną nieśmiertelność, jakkolwiek potrafimy ją rozumieć.
Czesław Miłosz powiedział z rezygnacją (wiersz Nie więcej): „Z opornej materii / Co da się zebrać? Nic, najwyżej piękno”. Pozwolę sobie, jawnie, podmienić jedno słowo w tkaninie tekstu: „Co da się zebrać? / Nic, najwyższe piękno”. Piękno, Nic, które jest także prawdą i dobrem (tym razem bez wielkich liter).
Na koniec pewna niespodzianka. Odczytam wiersz, który nosi dzisiejszą datę i który odebrałem jako skierowane do nas posłanie poetki, Jadwigi Nowak. Należy ona do Towarzystwa Mickiewiczowskiego, lecz dziś nie może być w naszym gronie. Nieobecność – podwójnie usprawiedliwiona. Wiersz mówi o takim stanie, takim kształcie współczesnego świata, który osoby wrażliwe i szlachetne rani. Powstał pod wpływem lektury tomu lozańskiego i należy, jak tamte wiersze, do nurtu, który pozwolę sobie nazwać „liryką generalną”:
***
te niuanse, zapętlenia, kręte schody – Piranesi? –
lęk przed upadkiem z wysokości wdrukowany w pamięć
hipnotyzujące wiosny, jesienie i zimy, w górach wieczne
śniegi, a burze uczuć tu w dolinach –
niewątpliwie ktoś chciał, żeby ogarnęło nas szaleństwo –
te rozdroża tropione światłami ku czci nowych bogów
nowe niebo i zodiak nowy z nowym księżycem i słońcem
tańczące jak się im zagra na orbicie ziemi
posłuchaj, jeśli da się jeszcze coś usłyszeć na tym ostatecznym
sądzie – wszędzie pracują maszyny i rozpoczętej przebudowie
nie ma końca – jeśli ogłuszony nie padasz jeszcze ze zmęczenia,
jak mówią od słów niejasnych już bezpańskie głowy
Kraków, 27/11/2025
Poezja pomaga zrozumieć.
Piękno wyzwala.
Poezja leczy rany.
To tyle… Dziękuję.
Tekst odczytany podczas spotkania Oddziału Krakowskiego TLiAM 27 listopada 2025 roku, dzień po 170 rocznicy śmierci Adama Mickiewicza.
===========================================================
Piotr Wojciechowski – tekst biesiadny na grudzień 2025
POECI JAKO ODDZIAŁ SZTURMOWY
Z miesiąca na miesiąc prognozy dla naszego kawałka Europy stają się coraz groźniejsze. Dlatego w moim biesiadnym pisaniu wykolejałem się ostatnio, nie nadążałem za standardami eleganckiej felietonistyki literackiej, staczałem się do okopu wojującej publicystyki polityczno-społecznej.
Prognozy znów się pogorszyły. Bez szyfrowania mówi się o tym, że nasz najlepszy sojusznik, dobroczyńca nasz i gwarant wolności, stał się lojalnym sprzymierzeńcem naszego głównego i zbrodniczego wroga. Nie jesteśmy gotowi do tego, aby obronić się samodzielnie, ani jako my, Polska, ani jako my, wschodnia flanka, ani jako my, Europa. Niełatwo w tej sytuacji militarnej i politycznej napisać cokolwiek krzepiącego w formacie biesiadnego felietonu. Na szczęście, po chwili namysłu, otwiera się sympatyczna oczywistość. Najmądrzejszym pisaniem ratunkowym jest skupienie się na sprawach kultury. Bywaliśmy już w kłopotach, pod żelaznym butem katastrof, z pętlą skazujących wyroków na szyi. Jeśli istniejemy, dzień po dniu mamy chleb i coś do chleba, to dlatego, że ocaliliśmy kulturę, wysoką, duchową kulturę. Mieliśmy tę kulturę, nasz szaniec i ona miała nas, obrońców. Mieliśmy ją w czasach mrocznych tyranii i w czasach pożogi. I ona nas przeprowadzała na drugi brzeg. Niedawno napisałem o tym powieść „Zły wiatr”, a Bernard Nowak w Lublinie wydał mi ją, choć była wtedy pandemia i nikt nie dawał kasy na kulturę. Ba, ale to jest proza.
A czas jest taki, że trzeba innej deski ratunku, trzeba poezji. Przez ten skrócony miesiąc, jaki upłynął od ostatniej listopadowej biesiady, poezja dawała mi liczne sygnały, że czas, abym o niej napisał, a przed tym zrozumiał najgłębiej, że jeśli kultura ma nas uratować, to wszyscy ludzie kultury, od ministry po szatniarzy z prowincjonalnych teatrów, wszyscy, powiadam, muszą się rozstąpić z wołaniem – robimy drogę dla literatury, dla książek, dla literackich rozmów. A literaci też powinni odsunąć trochę na pobocze wołając do poetek i poetów – ratujcie, marsz do pierwszego szeregu, teraz to jest wasz czas. Ostatnia chwila, ciągłość została zerwania, alert purpurowy!
Muszę wymienić choć parę sygnałów, przez które poezja przekazywała mi imperatyw pisania o niej. Najpierw Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej wydało mój nowy zbiór wierszy pod tytułem „Są” – a prawie równocześnie trafiły na moje biurko trzy tomiki przyjaciół – poetów: Jana Barona „Wszyscy jesteśmy głupcy”, Jacka Marii Hohensee „Horoskop ciemnej gwiazdy” i Cezarego Gawrysia „Niepisane”. Utwierdziłem się w przekonaniu, ze rzeka poetyckiego słowa płynie nadal i to na poziomie stanów wysokich. A co więcej, poczułem się poetą wśród poetów – jakże różnych od siebie i przynoszących myślom jakże dużo inspiracji.
Wybierałem się do Zakopanego, aby w Galerii Dom Doktora promować nowy tom mojej prozy, esejowate silva rerum „Kartki holnym potargane”. Uprosiłem szefową galerii, malarkę Magdę Kraszewską, aby po piątkowym promowaniu prozy urządzić sobotni wieczór czytania wierszy i dysput o poezji. Chciałem publicznie narzekać i alarmować, że pozycja słowa poetyckiego w uniwersum społecznej komunikacji maleje, że humanistyka jest marginalizowana.
Nie zdążyłem się jeszcze wybrać do Zakopanego na te literackie potyczki, kiedym dostał list od poetki krakowskiej Jadwigi „Jawi” Nowak. Był w liście załącznik autorstwa Bogusława Doparta, prezesa krakowskiego Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza. Ten tekst wystąpienia prezesa Bogusława Doparta przedstawiony został podczas spotkania Oddziału Krakowskiego TLiAM 27 listopada 2025 roku, dzień po 170 rocznicy śmierci Adama Mickiewicza. Profesor Dopart dał mu tytuł „Poezja leczy rany”. Z humanistyczną swadą i czułością mówi o „tradycji mickiewiczowskiej, wielkiej polskiej tradycji poetyckiej, symbolicznej, humanistycznej, etycznej, O znaczeniu poezji i piękna, które jest też prawdą i dobrem. Prawdą i dobrem.” Aby podkreślić aktualność tego rozumienia poezji, Dopart posłużył się cytatami z „Ars poetica” Stanisława Grochowiaka:
„Godziny przy piórze – one leczą rany.
Nawet śmierć jest daleka, jak była w dzieciństwie.
Zwierzęta domowe śpią ufnie przy twoich stopach.
A płomień świecy
Nieruchomieje jak miecz czuwający…”
Cytuje też Dopart Wisławę Szymborską – o tych, co lubią poezję:
„Lubią –
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.”
Dalej sympatyczne i błyskotliwe wystąpienie wspomina o Kochanowskim i Miłoszu, a kończy całkiem już współcześnie wierszem Jadwigi „Jawi” Nowak.
Tekst Doparta, przez tę właśnie poetkę nadesłany, tak mi się spodobał, że zamierzałem włączyć go w program zakopiańskich rozmów o poezji, bo właśnie w tych rozmowach planowałem uświadomić poetom i poetkom, że nie czas usuwać się skromnie w cień, nie czas przeczekiwać na marginesie – bo teraz poeci powinni być kadrowym szturmowym oddziałem wysokiej kultury, powinni domagać się powszechnego czytelnictwa, nakładów, stypendiów, prasy literacko-krytycznej sławiącej poezję i przypominającej całemu społeczeństwu, że poetycka myśl jest równie sprawnym narzędziem poznania, jak myśl nauk ścisłych, a do tego poetycka myśl lepiej ludzi do ludzi wzajemnie przyciąga niż polityki i populizmy, i do tego jeszcze, poetycka myśl przetarła sobie własną ścieżkę w przestrzenie metafizyki, ścieżkę nie mniej piękną, niż religie.
Zwierzyłem się z tych zamiarów młodemu, a świetnemu poecie śląskiemu Michałowi Muszalikowi. Ten próbował ostudzić mój zapał. Napisał mi: „Poezja, jak wierzę, cały czas ma swoje miejsce, ale – jak Pan pisze – myślę, trzeba o nim stale przypominać. Problemem jest rozejście się wielu poetów współczesnych z czytelnikami, fałszywa elitaryzacja części współczesnej poezji, wymaganie od niej gry językowej na tyle nieczytelnej poza bardzo wąziutkim gronem, że czytelnik nie ma narzędzi poznawczych, by się nią zachwycić – bo nie rozumie jej nie tylko semantycznie, ale i syntaktycznie. Ubolewam nad wizerunkiem współczesnej poezji jako „dyscypliny pisania niezrozumiale” – a taki ogląd przecież ma wielu „niewprawnych” czytelników i nie wziął się znikąd. Trzeba bronić poezji, ale i jej „klasycznej nogi”. Pan i ja staramy się, tak sądzę, iść przeciw wskazanym prądom. Ale dziś klasyczna fraza grozi tak łatwym oskarżeniem o banał, powtarzalność, „brak odkrywczości” (czy wiersz musi być obiektywnie odkrywczy? powinien być odkrywczy dla konkretnego czytelnika).
To tylko parę moich wieczornych myśli” – kończy Muszalik.
Śląski poeta nie rozładował akumulatorów mojej poetyckiej hardości. Ruszyłem do Zakopanego tak pewny siebie, jakbym się już umówił ze śpiącymi rycerzami spod Giewontu, że zrobią mi frekwencję. A tymczasem – klapa! Po udanym wieczorze promocyjnym w piątek, w sobotę było pusto. Nikt nie przyszedł do salonu Domu Doktora, aby czytać wiersze, nikt nie chciał rozmowy o kulturze, literaturze, poezji. Jeszcze jedna lekcja pokory.
Nic to, sytuacja wymaga mobilizacji poetów i poetek. Purpurowy alert, zerwana tradycja – w rodzinach nie czyta się głośno Mickiewicza ani Asnyka. Nie pisze się wierszowanych laurek, życzeń ślubnych i świątecznych, nie wpisuje się rymowanek do sztambucha. Pewnie w smartfonach nie ma takiej funkcji.
Cóż robić? Spotkamy się jeszcze, choćby po to, aby pochylić się nad mądrym przemówieniem krakowskiego profesora Bogusława Doparta. Poczytamy wiersze. Nie ma innego wyjścia. Tylko poezja może nas ocalić.
==========================================
„Dziennik roku niepokoju”
Jarosław Jakubowski (napisał recenzję książki „Coś jasnego” – Jadwiga Nowka, źródło: „Nowe Książki” Nr.: 4/2026, str. 14-15.)
Sądząc po datowaniu wierszy w najnowszym tomie Jadwigi Nowak Coś jasnego, powstały one, nie licząc dwóch napisanych w roku 2024, w okresie od stycznia do listopada 2025 Mają więc walor dziennikowej aktualności i zawierają liczne odniesienia do bieżącej rzeczywistości. Poetka przygląda się jej uważnie, choć z dystansem przynależnym człowiekowi wyposażonemu w duży zasób doświadczeń, również kulturowych.
Autorka z rozmystem roektada w swojej książce odpowiednie akcenty. Otwierający ją wierzz malymi (wszystkie tytuly pisane są malymi
literami) zarysowuje problematykę i tworzy klimat, z którymi będziemy mieli do czyntenia w dalszej lekturze. Plerwsza fraza utworu napisenego w kwietniu, „najokrutniejszym z miesięcy”, brzmiąza: „zmienifo się tylko milczenie // jakby bardziej przycichło, głębiej skryło się w ciszy” odsyła nas do wielkopostnej kontemplacji Crobu Pańskiego, a samo milczenie jest tu bohaterem, który „prosi o spokój” i „z bardzo dalaka patrzy prosto w słońce”. Ten finalowy obraz symbolizować może różne stany: oddawanie czzi, desperację, nadzieję. I takie niejednoznaczne, otwarte w wymowie, są wiersze w tym obszernym tomie.
· Każdy z nich właściwie możno potraktować jako minitraktat fiioroficzny. Poetka nie ucieka od minryczności, ale zaprawia ją znakomitym obrazowaniem, unaocznianiem stanów psychicznych. Nowak jest pisarką, która swoją powinność widzi w intelektualnym opisie rzeczywistości, stawiającej współczesnemu
człowiokowi takie wyzwania. Jak zstuczna inteligencja czy wojna z zastosowaniem nowych metod zabijania. Pisarka zestawia technologię z metafizyką, nie przeciwstawia ich sobie, ale traktuje jak elementy „postcywilizacji”, którą należy przede wszystkim zrozumieć, a dopiero potem osądzić. Naporowi nowych
technologii towarzyszy niepokoj intelektualisty i klasycysty: „idą ciemne wieki, w ataku / paniki chowamy się za greckie samogloski – jak wybite zęby wypadają / androidom z ust – język sztucznej inteligencji potyka się o boskie wyroki”. W tym samym wierszu poetka parafrazuje na swój sposób końcowy pamiętny obraz z *Czarodziejskiej góry* Thomasa Manna, kiedy to jej bohater znika nam z oczu pośród rozbryzgów eksplozji Wielkiej Wojny. U Nowak „hans castorp przemocą wyciągnięty z grobu, z pieśnią / schuberta na ustach grzęźnie w błocie” (pisownia oryginalna). Czy ma to znaczyć, że cywilizacja zachodnioeuropejska niczego się nie uczy i wciąż w jakimś ślepym, owczym pędzie dąży ku samozagładzie?
Na razie w Bogorii i Krakowie, gdzie powstawały wiersze, panuje względny, kruchy spokój, można oddawać się regularnym zapiskom ujętym w szerokie frazy, które poetka zamyka na ogół w trójstrofowej parasonetowej strukturze. Kroczymy wraz z nią przez świat poddawany nieustannej dekonstrukcji prowadzącej do destrukcji – tu „mrówka wczepiona łapkami w konstrukcję / diabelskiego młyna”, tam „świątynia, dom boży, teraz opustoszały i w ruinie, zagłuchły”. Mamy do czynienia z nieczęstym dziś przypadkiem „poetyckiego postapo”. Ten podgatunek fantastyki naukowej zajmuje się światem po wielkim kataklizmie i walką ludzi o przetrwanie w tych nowych, nieludzkich warunkach – Nowak w swoim „dzienniku roku niepokoju”, jak na własny użytek nazywam *Coś jasnego*, krok po kroku, fraza po frazie stara się zbudować azyl dla tego, co ludzkie, a więc – w jej ujęciu – obdarzone imperatywem moralnym. Tytułowe „coś jasnego” to – znany skądinąd w teorii scenopisarstwa i z lubością stosowany w praktyce – „skarb bohatera”, czyli coś, w imię czego walczy on o przetrwanie, co trzyma go przy życiu i napędza dalszą fabułę. I niekoniecznie musi chodzić o garniec złotych monet.
Żeby odkryć ów skarb, poetka musi zidentyfikować, ponazywać lęki i pułapki, jakie na człowieka nastają we współczesnym świecie. Są więc: „relatywizm i atak na prawdę”, „wiedeńscy brutaliści, pismaki i artaud”, „strach przed burzą, / cyberatakiem i wojną”, „sztuczna poezja”, która „pcha się drzwiami i oknami”. W tym świecie „nie ma honoru, / jest tylko uczciwość, nie ma prawdy, pod nią podstawiono szczerość”. Pisarka mówi nam, że rozpacz nie jest żadnym wyjściem, „pusty krzyż” obecny w jednym z utworów to przecież nie symbol śmierci, jak chcą niektórzy współcześni postchrześcijańscy egzegeci, lecz zwycięstwa nad śmiercią. *Coś jasnego* jest tomem dokumentującym wysiłek intelektualny i duchowy, obydwa ukierunkowane na „przekroczenie progu nadziei” – rzecz jasna z całym tobołem bied człowieka trzeciej dekady XXI wieku. Nie bez przyczyny książka została opatrzona mottem z *Liryków lozańskich* Adama Mickiewicza: „Uciec z duszą na liście…”, nie wiadomo dlaczego zmodyfikowanym, bo w oryginale jest „na listek”. Tak czy inaczej ocalić duszę można, żyjąc w prawdzie, bo „nie jesto dobrze naigrawać się / ze świętości i własnymi rękami dorzucać chrust na stos”, jak pisze poetka w wierszu bez tytułu, zadedykowanym „głowie Michaiła Aleksandrowicza Berlioza”.
Azylem dla duszy jest zatem dobroduszna (to chyba najlepsze słowo) normalność, zwyczajność i przede wszystkim wiara. Tym azylem jest także palisada ze słów, z klasyki literatury i filozofii, tych starych, a niezawodnych tropów, po których przeszli już ci, co przed nami. Odkrywanie tych śladów wciąż na nowo jest tylko pozornie zajęciem pozbawionym celowości – całkiem *à propos* będą tu skrzydlate słowa Jerzego Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, / w każdej chwili wybierać muszę”. Muszę, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi, bo to moje stopy odcisną na tym szlaku nowy trop.
W ślad za św. Augustynem autorka zwraca się do siebie i do nas: „twoje serce jest niespokojne / choć tak bardzo zasługuje już na spokój”. Uspokojenie, odpoczynek, sen są wątkami, które dochodzą do głosu w końcowej części książki, wyodrębnionej tytułem *Nieprzemijające*. Pisane latem i jesienią, niosą dojrzałe owoce przeżyć i przemyśleń. Jest w nich jakaś Iwaszkiewiczowska pogoda, tożsama zarówno z jasnością, jak i z pogodzeniem. U samego końca tomu znajdujemy wyznanie: „chciałabym […] przywrócić spokojowi spokój”. My zaś dajmy sobie czas na spokojną lekturę tej poezji, niełatwej, lecz cierpliwego czytelnika wynagradzającej.
Informacje dodatkowe
| Autor | |
|---|---|
| Rok wydania: |















Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.