Pułkownik Kukliński
Tytuł: „Pułkownik Kukliński.” Wywiady – opinie – dokumenty
Praca zbiorowa
Wydawnictwo Test, Lublin 1998
s. 306, ISBN: 83-7038-153-7
Opis
Tytuł: „Pułkownik Kukliński.” Wywiady – opinie – dokumenty
Praca zbiorowa
Wydawnictwo Test, Lublin 1998
s. 306, ISBN: 83-7038-153-7
Doskonała książka przedstawiająca osobę jakże znanego i budzącego kontrowersje pułkownika Kuklińskiego. W książce tej Czytelnik znajdzie wiele ciekawych wypowiedzi ludzi nie tylko związanych z polityką, ale również znajomych Kuklińskiego.
WSPOMNIENIE o PŁK RYSZARDZIE KUKLIŃSKIM:
Moja rozmowa z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim odbyła się w marcu 1998 r., w związku z opracowywaną w Wydawnictwie Test książką. Przygotowywałem ją z Jerzym Rudzkim – i właśnie z jego mieszkania dzwoniliśmy do USA.
Rozmowa koncentrowała się wokół spraw technicznych, związanych z pracami nad tytułem. Chodziło m.in. o fotografie na okładkę oraz o sprawy związane z przyjazdem płk Ryszarda Kuklińskiego do Lublina. Chcieliśmy bardzo, aby promocja książki odbyła się tutaj, nie tylko dlatego, że w Lublinie znajduje się wydawnictwo, ale także ze względu na to, że właśnie w naszym mieście rozpoczęło się to wszystko, co doprowadziło do przemian w Polsce. Nie zawsze uzmysławiamy sobie, że to Lublin jest kolebką Trzeciej Rzeczpospolitej. Owszem, tu zaczęła się tzw. Polska Lubelska czyli narzucony przez Manifest NKWD peerel, ale też tutaj ma swe początki Polska niepodległa. Nie myślę tylko o pierwszych w Polsce strajkach, o Lubelskim Lipcu, ale przede wszystkim o tym, co rozpoczęło się na KUL-u, wśród studentów – o pierwszym niezależnym, wychodzącym poza cenzurą periodyku „Spotkania”. Myślę także o pierwszym podziemnym powielaczu, na którym uczył się drukarskiego fachu dojeżdżający do Lublina Mirek Chojecki, późniejszy założyciel Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA. Wreszcie nie sposób nie pamiętać, że słowa „Nie lękajcie się”, które podniosły ten naród z kolan, padły z ust profesora KUL-u, wówczas kardynała Karola Wojtyły. To przecież KUL, jego studenci, a przede wszystkim profesorowie, zupełnie nie znani bohaterowie codziennego nauczania, zmienili ten kraj.
Dlatego uważaliśmy, że promocja książki mówiącej o jednej z najważniejszych osób, które przyczyniły się do obalenia peerelu, winna mieć miejsce w Lublinie. Oczywiście, miejscem mógł być tylko Lubelski Zamek. Omówiliśmy już wstępnie z dyrektorem Zygmuntem Nasalskim związane z uroczystością szczegóły. Potem stało się inaczej, ale początkowy zamiar był właśnie taki.
Tak jak wspomniałem, rozmowa miała w dużym stopniu charakter techniczny, jednak niektóre jej fragmenty dotyczyły – nie mogły nie dotykać – spraw ogólnych. W przytoczonych poniżej fragmentach prawie w całości omijam te pierwsze, cytując zaś w całości te, które mogą być interesujące dla wszystkich. Pułkownik dopytywał się o kształt książki, my pytaliśmy o zgodę na umieszczenie na okładce współczesnej fotografii. Kukliński nie był do końca przekonany, czy to w ogóle dobry pomysł.
Niżej publikujemy fragmenty tej rozmowy.
* * *
Płk Ryszard. Kukliński: (…) bardzo dziękuję, bardzo jestem ujęty tym, że pytacie mnie o zdanie, ale wydaje mi się, że ta decyzja musi należeć do państwa. Ja jestem zdania, że – ponieważ sprawa dotyczy przeszłości, a więc okresu, kiedy byłem tym mundurowym pułkownikiem, a teraz jestem starym dziadkiem… Dziś ja jestem zupełnie inny człowiek. A poza tym jest to dyskusja o naszej przeszłości, o drodze, jaką ja obrałem. Jedni się wypowiadają za, drudzy przeciw… To dotyczy oceny mnie jako oficera Ludowego Wojska Polskiego i pułkownika, więc jestem zdania, chociażby ze względów merytorycznych – niezależnie od efektów graficznych czy jakichś komercyjnych – że może lepiej, ażeby było jedno z tych zdjęć ich wojskowych. Ale decyzja należy do Państwa.
Bernard Nowak: Panie pułkowniku, przyznam się, że nam najbardziej odpowiadała by wersja, w której na pierwszej stronie okładki jest nieduże zdjęcie współczesne, a na skrzydełku, zaraz z boku, byłoby to zdjęcie z tamtych czasów.
RK: Wie pan, to jest traktat o przeszłości. O tym, jak ludzie oceniają czy też jak widzą tę drogę, która ja wybrałem – drogę kraju do niepodległości. Wówczas byłem oficerem LWP… No i dać na okładkę starego, zmurszałego faceta, to chyba…. jakoś i odciągnie wam nabywców od tej książki.
BN: Obawiamy się, że odwrotnie, panie pułkowniku… Że tamte zdjęcia są już tak znane, że nie będzie elementu pewnej nowości, tak to określmy.
RK: Hm… Tak. Może i ma pan rację. Ale to jest sprawa pierwsza. Jest jeszcze sprawa mojego przyjazdu do Lublina. Jestem ujęty zaproszeniem mnie na promocję tej książki, ale niestety, choćby nawet ze względów technicznych, nie będę mógł wziąć w tym udziału. Do kraju wybieram się w końcu kwietnia, Ten program jest bardzo napięty, a przedtem… Kiedy państwo to planujecie?
BN: W czasie pańskiego pobytu. My się oczywiście absolutnie dostosujemy do harmonogramu Pańskiej wizyty.
RK: Tak, dziękuję, ale będzie mi ciężko… No dobrze, powiem panu szczerze: do tej pory ja nie zabierałem głosu w swojej sprawie, również nigdy nie ubiegałem się o rehabilitację. Nie dlatego, że jestem zarozumiały, ale uważam że po prostu ocena mojego czynu nie należy do mnie. Ja mogę mówić o tym, co zrobiłem i czego nie zrobiłem. Ocena mojego czynu należy do społeczeństwa, któremu w taki sposób starałem się służyć. I teraz, widzi pan, każde moje wystąpienie… Obawiam się, żeby znów nie zaczęła się dyskusja „bohater czy zdrajca”. Bo tamtej książki, tak stawiającej sprawę, mam dosyć. Książki wydanej przez „Rzeczpospolitą”. Tą dyskusją trochę już jestem zmęczony i mi to nie odpowiada. A z kolei zabrać mam głos, usiłować promować własną przeszłość… Po prostu ja się do tego nie nadaję. Ja po pierwsze nie jestem złotoustym, a po drugie trzymam się tego, że raczej wypowiadam się, chętnie zabieram głos i dyskutuję o problemach, natomiast nie mogę, nie widzę – nie to, że jestem przesadnie skromny – ale nie widzę potrzeby dyskutowania o Kuklińskim. To by jakoś kolidowało z linią, której ja chciałbym się trzymać.
Ale jeżeli będzie poważna dyskusja, rozmowa o problemach, to jakieś wtedy miejsce znajdzie się chyba i dla mnie. I chyba sprawiedliwe miejsce znajdzie się także dla tych, którzy byli po tej drugiej stronie barykady… Ale tej dyskusji do tej pory nie ma. No, może teraz jakoś się tam troszkę ruszyło…
BN: Panie pułkowniku, jeśli chodzi o sprawę tego osławionego dylematu „bohater czy zdrajca”, to my się od tego w naszej książce też odcinamy. Więcej. Pokazujemy, że jest to właściwie manipulowanie całą sytuacją. Że to jest odciągnięcie od meritum. Także na ewentualnym spotkaniu promocyjnym tego typu dyskusja nie miałaby na pewno miejsca.
RK: Ja wiem, ale sama książka… Jest to dwugłos, o ile się orientuję. Bo zamieszczacie panowie także te absurdalne wypowiedzi moich przeciwników, którzy są w mojej ocenie autentycznymi zdrajcami kraju. Ale rozumiem, że udzielacie im głosu, żeby zaakcentować czy też dać odbicie, realne odbicie tej społecznej dyskusji. Więc rozumiem, że musieliście przecież dać takiego bałwana i zdrajcę, jakim jest Szklarski czy Jaruzelski. Czy Kiszczak… Zostawmy to jednak. Zna pan moja opinię, jak będę w kraju, możemy do tego wrócić. Dobrze?
Gdy opuściłem kraj, pozbawiłem się możliwości wpływania na losy w jego wnętrzu – i właściwie nie zabieram głosu, z wyjątkiem jednego dłuższego wywiadu z panią Martą Miklaszewską w „Tygodniku Solidarność” – dlatego, że tam właśnie dyskutowaliśmy o merytorycznych problemach. Pani Miklaszewska była tak uprzejma i miała tak silne wyczucie tej specjalnej sytuacji, że pociągnęła mnie w te obszary, w których czuję się bardzo swobodny i mogę o nich dyskutować. Oczywiście, później musiałem odpowiedzieć na pytania, czy byłem strasznie bogaty czy strasznie biedny… ale to już tak wyszło…
BN: Panie pułkowniku, chciałbym raz jeszcze podkreślić, ze ona nie będzie dotyczyła tego osławionego problemu. Będzie naprawdę merytoryczna. Na tyle merytoryczna, na ile z daleka można tę sprawę dobrze ująć.
RK: Dobrze, cieszę się. Wie pan, ja poddaję się zupełnie ocenie społecznej i nie mam najmniejszych powodów do jakichkolwiek pretensji czy czegokolwiek w tym rodzaju. Bo jak rozumiecie państwo, to nie jest przecież książka moja… Moja być może ukaże się za dziesięć, może piętnaście lat. Być może jak już mnie nie będzie…
BN: Mam nadzieje, panie pułkowniku, że pan będzie – i że będziemy jej wydawcami!… Serdecznie dziękuję za rozmowę.
RK: Ja również serdecznie dziękuję Proszę nie odczuć tego osobiście, bo mimo mojego pewnego podekscytowania, które być może odbiera pan w czasie rozmowy, jestem wam jak najbardziej życzliwy. Zróbcie z tego, co uważacie – tak, aby było jak najlepiej, zgodnie z waszym sumieniem i odczuciem.
BN: Panie pułkowniku, bardzo się postaramy. I jeszcze raz serdecznie zapraszamy pana do Lublina.
RK: Dziękuję bardzo. Do widzenia…
Niżej – ten wywiad na łamach Kuriera Lubelskiego, 13 lutego 2004 r. (fot. PAP)

ZMARŁ PŁK RYSZARD KUKLIŃSKI
Nie miałem okazji poznać pułkownika osobiście, ale gdy przygotowywałem o nim książkę [wydaną w 1998 roku], wtedy rozmawiałem ponad pól godziny przez telefon. Rozmowę tę, za zgodą pana pułkownika, nagrywałem. Numer telefonu otrzymałem od prof. Zbigniewa Brzezińskiego, do którego skierował mnie wówczas Jan Nowak-Jeziorański. Telefon do Kuriera z Warszawy otrzymałem z kolei od Mirka Chojeckiego, który jest z nim blisko spokrewniony. Piszę o tym, by uzmysłowić trudności w dotarciu do głównego bohatera książki – który, o ile wiem, przez cały czas i chyba do ostatnich dni mieszkał na terenie dużej bazy wojskowej, chroniony przez Amerykanów w najlepszy sposób. Gdy potem wysłałem na ten adres książkę, przesyłka szła półtora miesiąca. Musiała być prześwietlona przez wszystkie możliwe służby, gwarantujące pułkownikowi maksymalne bezpieczeństwo. Amerykanie dbali o pułkownika, który – jak pisał o tym ówczesny dyrektor CIA Willam Casey – „jak nikt w świecie w ciągu ostatnich czterdziestu lat nie zaszkodził bardziej komunizmowi”.
Ale wymieniam te nazwiska jeszcze z dwóch innych powodów. Są to nazwiska patriotycznie i niepodległościowo nastawionych rodów, które oddały Polsce niejedno życie.
Pułkownik Kukliński pochodził z jednego z takich rodów. Jego ojciec zginął w Oświęcimiu, brat ojca był w AK. On sam zapłacił za swa postawę i wybór życiem dwóch synów i własnym, nielekkim losem. A przecież mógł tego wszystkiego nie robić. Mógł robić karierę w LWP i PRL, a teraz być np. prezesem banku czy innej agencji. Wybrał inaczej. Wybrał niełatwą – tak, jak Nowak Jeziorański i swego czasu Mirek Chojecki – emigrację. Wybrał karę śmierci i nie dla wszystkich w tym zbłąkanym narodzie jasną postawę.
Ale byli tacy, którzy to doskonale zrozumieli. Najlepiej pojął jego decyzję gen. W. Jaruzelski, będący kimś na kształt alter ego czy cienia pułkownika. Będący kimś w rodzaju jego brata, takiego, jak para Kain i Abel czy Jezus i Judasz. Trudno nie przyznać mu racji, gdy mówi: „Jeśli przywróci się cześć, honor i niewinność Kuklińskiego, to znaczy, że to my nie mamy czci i honoru – i że to my jesteśmy winni”. Dokładnie tak. Są sytuacje, gdy trzeba mówić jak kołatka Herberta czy norwidowskie „Tak – tak, nie – nie”. Pułkownik Kukliński miał siłę i odwagę takiego wyboru dokonać.
Bernard Nowak dla „Kuriera Lubelskiego”, w lutym 2004 r.
===============
POLSKA MIAŁA SPŁONĄĆ
Krytycy pułkownika Ryszarda Kuklińskiego zarzucają mu, że ujawniając sekrety Układu Warszawskiego, naraził na szwank bezpieczeństwo Polski. Nie dodają jednak, że to bezpieczeństwo polegało na tym, iż sowieckie dywizje pancerne miały – w wypadku konfliktu – runąć na Zachód przez Polskę, która stałaby się następnie celem odwetowego nuklearnego uderzenia wojsk NATO.
Ogół ludzi jest całkowicie niedoinformowany: o co w sprawie pułkownika Kuklińskiego właściwie chodzi i dlaczego tak długo nie może ona znaleźć rozwiązania. Ułatwia to adwersarzom pana pułkownika (zwłaszcza, że ich dostęp do mediów jest nieporównywalny) rozgrywanie propagandy według arcywygodnego dla nich schematu: zdrajca Kukliński kontra przepełnieni ptriotyzmem jego byli przełożeni. Tym bardziej, że zdarzają się przychylne pułkownikowi komentarze, traktujące go (zapewne w dobrej wierze) jako nowe wcielenie Konrada Wallenroda. To nieporozumienie, Wallenrodów ci u nas ostatnio więcej, niż Witosów przed kongresem PSL-u i pomawianie pana pułkownika o wallenrodyzm jest niesłuszne i głęboko dlań krzywdzące. Zrobił dużo więcej niż „pierwowzór”!
Dla wyjaśnienia sytuacji niezbędnym jest ustalenie cóż i kogóż to zdradził płk Kukliński? Jego byli przełożeni, jak wynika z relacji, dokumentów i oświadczeń, nie mieli żadnych tajemnic, wobec państw ościennych. Nie mieli, bo mieć nie mogli – choćby dlatego, że Polska w sprawie swej obronności czy udziału w ewentualnej a niesprokurowanej przez siebie wojnie, nie miała nic do powiedzenia. Artykuł 122 kk, z którego skazano płk. Kuklińskiego, nie zawiera żadnych wyłączeń dotyczących państw sojuszniczych czy zaprzyjaźnionych. Podstawowe interesy PRL-u zdradzali więc wszyscy wspomniani wyżej panowie i było to zupełnie comme il faut! Pomawianie płk. Kuklińskiego o zdradę jest więc oskarżeniem zastępczym. Tak naprawdę zdradził on nadzorców i mocodawców: Związek Sowiecki i Układ Warszawski. Dlaczego więc jego sprawą zajmują się polskie sądy? Poza tym – ostatnimi laty pragmatycy wszelkiej maści, a lewaccy szczególnie, głoszą gromko, iż nieważna jest uczciwość, wierność zasadom i inne imponderabilia (więc również przysięga – jak mniemam), liczy się zaś skuteczność działania. Nie da się ukryć, że działanie płk. Kuklińskiego było skuteczne – o cóż więc ten cały hałas?
Zrozumiała jest wściekłość i frustracja umundurowanych tytanów intelektu i ich nadymaczy, że prosty podkomendny przerósł ich intelektualnie o parę sążni, wystawiając do wiatru tajne służby nie tylko tubylcze, ale i ościenno-mocarstwowe (i to przez dziesięć lat!). Choćby za to należy mu się order!
Czynownicy w mundurach oraz ich wybielacze wiedzą doskonale, że materiały przekazywane przez płk. Kuklińskiego zostaną kiedyś odtajnione i za kilkadziesiąt lat świat się dowie, kto szczuł i co było grane. Ponieważ dla owych panów liczy się wyłącznie tu i teraz – czego dowiedli stawiając Wojsko Polskie przeciw narodowi – stąd też bajki o mniejszym złu, uporczywe przekłamywanie terminu planowanej sowieckiej interwencji (wbrew oficjalnym, moskiewskim oświadczeniom), a wreszcie cyniczne stwierdzenia, że: „stan wojenny był korzystny, gdyż zimą dozorcy lepiej wypełniali swoje obowiązki…” (Cóż – jaki intelekt, takie argumenta). Zrozumiałe więc, że oskarżanie płk. Kuklińskiego leży w szeroko pojętym interesie tych panów; a że przy okazji załatwiają całkiem prywatną zemstę – taka już przyzwoitość i klasa generalicji, niechże pokażą ją do końca!
Oskarżyciele pana pułkownika deprecjonują jego działalność, ograniczając ją do spraw li tylko polskich. Te zaś są jedynie częścią większej rzeczy. Płk Kukliński i materiały, które przez dekadę przekazywał do Waszyngtonu, były katalizatorem zmiany spojrzenia Zachodu na Związek Sowiecki i Układ Warszawski. Dzięki tym materiałom do przywódców świata zachodniego dotarło wreszcie czym stał się pod koniec lat 60. twór polityczno-militarny, z którym graniczą na wschodzie. Pojęli w końcu, że Układ Warszawski ma charakter równie obronny, jak stalinowska Armia Czerwona w roku 1941! Podobieństwa (przy zachowaniu wszelkiej proporcji i uwzględnieniu rozwoju nauki, techniki, powstania nowych rodzajów broni etc.) – począwszy od bezwzględnego prymatu ideologii nad wszelkimi dziedzinami życia zbiorowego, poprzez masowe przyuczanie młodzieży w organizacjach paramilitarnych, zdecydowaną przewagę ilościową wojsk uderzeniowych nad stricte obronnymi, przystosowanie infrastruktury technicznej, logistycznej do wojny itd. – są uderzające! Zasługą płk. Kuklińskiego jest, że Zachód zrozumiał, iż stalinowska doktryna internacjonalistycznego wyzwolenia Europy do komunizmu z końca lat 30. nie została porzucona, tylko zmodyfikowana z uwzględnieniem aktualnej sytuacji geopolitycznej, zaś Układ Warszawski to gotowe do użycia narzędzie do jej realizacji! Szczęściem i zrządzeniem losu, przywódcy świata zachodniego – duchowi i polityczni – stanęli na wysokości zadania i podjęli działania, które uczyniły komunistyczną agresje nieopłacalną, a Układ Warszawski – zbędnym. Jego rozpad był przesądzony już na początku lat 80., gdy co światlejsi i lepiej poinformowani ludzie w Moskwie zdali sobie sprawę, ile Zachód wie – z kremlowskiej wierchuszki pierwszy pojął to podaj Andropow. I to nie dlatego, że przestały być tajemnicą plany i instalacje wojskowe – wybudowanoby nowe. I nie z powodów ekonomicznych – gdyby to było konieczne, wyciśnięto by ze Związku Sowieckiego i KDL-ów każdą kwotę. Po prostu – po tym, czego dokonał samotny Polak, pokazując, że jest to możliwe, nie było żadnej gwarancji, że takie działanie się nie powtórzy. Skoro starego narzędzia agresji nie użyto – stało się ono niepotrzebne, a jego utrzymywanie – tylko jako świadectwa sowieckiej mocarstwowości – było zbyt kosztowne; budowa nowego zaś okazała się przedsięwzięciem bezsensownym. Tak oto przeminęła chwała Układu Warszawskiego. Nie zaistniał jako układ obronny i nie sprawdził się jako środek agresji (na szczęście!). Pułkownik Kukliński miał w tym swój wielki udział. I zrobił to sam! Papież, pani Tatcher, Ronald Reagan, broń neutronowa, rakiety Pershing 2, SDI etc. – to było dopiero później.
Przeciwnicy pana pułkownika, mający mu najwyraźniej za złe rozpad Układu Warszawskiego i uzyskanie przez Polskę szansy na niepodległość i suwerenność, zwykli posługiwać się głosami tzw. opinii publicznej, zarzucającymi pułkownikowi zdradę i sprzeniewierzenie się świętemu obowiązkowi obrony Ojczyzny. Opinia publiczna nie ma pojęcia, jaką to obronę gotowały Wojsku Polskiemu sowieckie plany operacyjne.
Front Polski (około sześćset tysięcy żołnierzy), działający w ramach tzw. Zjednoczonych Sił Zbrojnych państw Układu Warszawskiego, w ósmej godzinie trzeciego dnia operacji wojennej miał rozpocząć z terenu Meklemburgii ofensywę w kierunku Wezery i Kanału Kilońskiego. Zapewne w charakterze żywego i ruchomego kulochwytu.
Sowiecki plan nie był pozbawiony pewnej logiki: broniący się nieprzyjaciel posiada skończoną ilość środków rażenia i amunicji, im więcej ich zużyje na trzebież wojsk sojuszniczych, tym mniej pozostanie na eliminację sowieckich. Zwłaszcza, że sojusznicy byliby dowodzeni z podobną maestrią, jak ostatnio rosyjskie wojska w Czeczeni.
W tym samym czasie przez Polskę przemieszczałyby się wojska drugiego rzutu Armii Czerwonej (trzy fronty – około 3 mln żołnierzy ze sprzętem i przyległościami) mając zrealizować sowiecki plan błyskawicznej wojny w Europie. Pozostałe w kraju oddziały Wojska Polskiego i armia zmobilizowanych kolejarzy (to dlatego PKP miały taki przerost zatrudnienia) służyć miały do logistycznego wsparcia i osłony bojowej tego tranzytu. Jeżeli Zachód miał się obronić, wojska te musiały być zniszczone. I byłyby zniszczone! Ilościowa przewaga Układu Warszawskiego nad NATO w broniach konwencjonalnych była przygniatająca. Zachód przyjął więc, jedynie słuszną w takich warunkach doktrynę elastycznego reagowania. Polegała ona, ogólnie biorąc, na nuklearnej eliminacji wojsk UW i służącej im infrastruktury we wschodniej części kontynentalnego teatru działań wojennych, z wyłączeniem terenów ZSRR. Mówiąc ściślej, obiektami zmasowanych ataków jądrowych byłyby terytoria Polski i Czechosłowacji, że szczególnym uwzględnieniem Polski, gdyż to ona mieściła główne szlaki tranzytu i posiadała przygotowaną doń latami infrastrukturę.
Ludności cywilnej i pilnującym jej licznym siłom milicyjno-porządkowym pozostałoby absorbowanie promieniowania cieplnego, przenikliwego i fal uderzeniowych. Tak się bowiem składa, że większość z kilkudziesięciu strategicznych szlaków tranzytowych (kolejowych i drogowych) i ich węzłów leży w pobliżu dużych skupisk ludzkich.
I nie ma się co łudzić, jakiś status quo zostałby po owej rzezi osiągnięty (nikt nie zaryzykowałby dla paru wschodnio-europejskich państewek międzykontynentalnej wojny nuklearnej) i nie byłoby to status quo ante bellum! Całkiem niewykluczone, że w jego wyniku Polska – ów bękart konferencji: teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej – po raz kolejny, ku uciesze sąsiadów, zniknęłaby z map Europy. Takim efektem skończyłaby się obrona podstawowych interesów PRL-u, chronionych artykułem 122 kk!
Powracając do podnoszonej z upodobaniem przez wrogów płk. Kuklińskiego kwestii przysięgi i zdrady, wypadałoby zająć się historią zjawiska pt. „Układ Warszawski”. Został on pomyślany (przynajmniej oficjalnie) jako pakt obronny, chroniący granice i nienaruszalność terytorialną państw – sygnatariuszy, odpowiedź na przyjęcie Zachodnich Niemiec do NATO itd. Mogło tak być w istocie – w 1955 roku Chruszczow bardzo się bał prezydenta Eisenhowera. Przez następne kilkanaście lat, wykorzystując miałkość przywódców świata zachodniego, monstrualnie rozdętą propagandę, uwikłanie Zachodu w niepopularne wojny, sterowane rewolty, szpiegów, agenturę wpływu, poputczyków i zachodnie pożyczki, ów pakt obronny przekształcił się w podporządkowaną opętańczej ideologii polityczno-wojskową machinę agresji i zniszczenia. Machinę, której uruchomienie gwarantowało Polsce – sygnatariuszowi układu, obrócenie jej terytorium w perzynę i hekatombę ludności. Nazywanie członkostwa Polski w owym pakcie jej podstawowym interesem trąci hipokryzją, zaś określenie owych interesów mianem żywotnych jest bardzo ponurym dowcipem!
Układ Warszawski w roku 1955 i 1975 to dwa różne światy.
Komu przysięgano w 1955? A co zdradzono w 1975? Jak może wiązać przysięga sprzed lat, skoro rzecz, której ślubowano, zmieniła się w swoje przeciwieństwo? I zagraża temu, czemu przyrzekano jeszcze wcześniej? Jak ma postąpić oficer mieniący się odpowiedzialnym? Dawać prymat ponadnarodowej machinie zagłady i w postawie ruki po lampasam wypełniać polecenia zdegenerowanych starców z Kremla, czy usiłować za wszelką cenę nie dopuścić do uruchomienia niszczących kraj i naród planów operacyjnych? Kto więc właściwie zdradza Ojczyznę i zasługuje na miano infamisa?
Pułkownik Kukliński dokonał wyboru wierząc, że jest to wybór właściwy. Życie pokazało, iż miał rację. Zapłacił za to straszną cenę. Mam nadzieję, że będzie mu to policzone.
Nie uchronił Wojska Polskiego od udziału w hańbie stanu wojennego, ale bardzo prawdopodobne, że uchronił je od uczestnictwa w zagładzie. Walczył o dobrą sprawę, wytrwał w walce do końca, dochował wiary – daj Boże, by każdy oficer Wojska Polskiego mógł tak powiedzieć o sobie…
Zaś ideowym adwersarzom, pomawiaczom o zdradę i koniunkturalnym opluwaczom etc. wypada – posługując się wysublimowanym i europejskim słownictwem autorytetów n-dyscyplinarnych – rzec: spójrzcie na siebie!
Andrzej Karst
Informacje dodatkowe
| Rok wydania: | |
|---|---|
| Autor |










Marek –
Bardzo ciekawy dokument historyczny, Polecam książkę!